Leffe Royale, czyli belgijski finisz. Na sam koniec zostały nam dwa piwa z Belgii. Jak pierwszego kosztujemy Leffe Royale. Duża butelka 0,75 litra, 7,5% alkoholu, ciekawe czy damy radę. Już samo opakowanie przyciąga wzrok, nie tylko rozmiarem, ale także pięknym czarno-złotym ornamentem. Jak na piwo z dużego browaru wygląda to naprawdę dobrze. Piana bardzo obfita, opada bardzo powoli. Piwo całkowicie klarowne o głębokiej barwie ciemnego złota. Aromat umiarkowanie intensywny, ale zdecydowanie zauważalny. Wyczuć można tutaj i słód i trochę chmielu i aromaty pochodzące od belgijskich drożdży, ale wszystko na bardzo stonowanym poziomie. W smaku jest podobnie, nic nie wybija się tutaj na pierwszy plan, piwo bardzo zbalansowane. Trochę słodu, trochę karmelu. Alkohol prawie nie wyczuwalny. Leffe pije się stosunkowo lekko, co jak zwykle w przypadku belgijskich piw bywa niebezpieczne. Zawsze gdy tylko próbujemy trunków z Belgii to nasze oczekiwania są wysokie. Z Leffe Royale produkowanym przez grupę InBev nie było inaczej i można by powiedzieć, że się nieco zawiedliśmy. Ale obiektywnie patrząc piwo jest bardzo dobre, nie ma się tu za bardzo do czego przyczepić. Po prostu nie zachwyca, jest tylko poprawne. W związku z tym, że mieliśmy w trójkę dość rozbieżne odczucia co do tego piwa, drogą kompromisu stawiamy je na miejscu numer cztery. Na sam koniec zostało nam jeszcze jedno piwo z Belgii, może tym razem nie będziemy zawiedzenie i nas zachwyci. Jak to już nie raz bywało.