Brasserie, czyli dzisiaj już gorzej nie będzie. Na kolejnego reprezentanta Francji czekaliśmy dość długo, bo przypomnę, że jedyny do tej pory pojawił się na spotkaniu drugim. Fisher Tradition, bo o nim mowa, zupełnie do nas nie trafił i tylko Maciej, swą zażartą obroną jego walorów, zapewnił mu przedostatnią pozycję. Nic więc dziwnego, że po tamtych wątpliwych doznaniach smakowych nie poszukiwaliśmy efektów pracy francuskich browarów. Jakimś dziwnym zrządzeniem losu, pod postacią zamkniętego w małej, pękatej buteleczce piwa, tylnymi drzwiami wepchał się kolejny produkt z tamtych rejonów, o nazwie Brasserie. Oznacza to ni mniej, ni więcej niż miejsce produkcji bądź spożywania piwa (czytaj browar lub pub). Zapachu się nie doszukaliśmy praktycznie żadnego, no może poza zapachem kapsla zamykającego butelkę. Smak jest, i owszem, tyle że nieprzyjemnie metaliczny. Smaki słodu czy też chmielu, które mogłyby wydawać się naturalne dla tego rodzaju trunku, najwyraźniej nie okazały się zbyt atrakcyjne dla producenta tego złocistego napoju. Swoją drogą, barwa to chyba jedyna rzecz, do której nie mamy żadnych zastrzeżeń. Najlepszą cechą Brasserie okazała się pojemność 250ml. Po rozlaniu tej ilości do trzech kufli, nie musieliśmy czekać zbyt długo na spotkanie ze srebrnym medalistą dwunastego spotkania, który już stał w drzwiach (lodówki).