Serengeti Premium Lager, czyli jeszcze jedna szansa. Po przykrych doświadczeniach z Kilimanjaro Premium Lager z lekką obawą sięgamy po drugie piwo z Tanzanii. No ale cóż, darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby, zwłaszcza jak przyleciał z tak daleka. I tym razem na etykiecie mamy afrykański motyw. Jeśli się nie mylimy, to kot przedstawiony na etykiecie to gepard, ewentualnie lampart, jeśli ktoś potrafi na podstawie tego rysunku rozróżnić to prosimy o komentarz. Z ciekawostek mamy też informację Alcoholic medium beer. Informacja jak najbardziej przydatna i na miejscu. I przydałaby się także u nas. Ogólnie rzecz biorąc, to butelka prezentuje się naprawdę ładnie, nie ma się do czego przyczepić. Zobaczymy co będzie w środku. Po przelaniu piwa do szklanek jest już pierwsza różnica. Jest piana. I to całkiem przyzwoita, jak na jasnego lagera oczywiście. Piwo jasne, choć nieco ciemniejsze od poprzedniego. Z klarownością jest nieco gorzej, piwo jest delikatnie zamglone. W aromacie można wyczuć słód, ale jest to bardzo delikatny i szybko znikający zapach. Jak do tej pory, to na plus przemawia etykieta, piana i aromat, na minus klarowność. Przekonajmy się jak to piwo smakuje. I tutaj jest już gorzej. Piwo bardzo podobne do poprzedniego, a może i nawet jeszcze gorsze. Do tego okropny posmak. Pomimo przewagi jeśli chodzi o aromat i pianę, to pod względem smaku Serengeti minimalnie przegrywa nawet z Kilimanjaro. Na plus piwom z Tanzanii trzeba przypisać etykiety, zarówno jeśli chodzi o stronę wizualną jak i informacyjną. Za to walory smakowe zdecydowanie poniżej średniej, nawet jak na kurortowe piwo z Afryki. Pomimo, że piwa delikatnie rzecz mówiąc, nam nie posmakowały, to i tak cieszymy, że mogliśmy spróbować i polecamy się na przyszłość wszystkim znajomym odwiedzającym mniej lub bardziej egzotyczne zakątki globu. Chętnie spróbujemy wszystkiego co nam przywieziecie.