Kategoria : Stout

Szybki finisz 1/2

Guinness Draught Guinness Draught, czyli klasyka z Irlandii. Guiness dostępny jest w kilku rodzajach, tego wieczoru mieliśmy okazje spróbować wersji Draught przywiezionej z Wielkiej Brytanii. Opakowanie jak na nasze spotkania nietypowe. Po pierwsze puszka, a po drugie w puszce słynny widget, czyli plastikowa kulka wypełniona azotem, który uwalniany jest po otwarciu opakowania. Guiness’a nalewamy tradycyjnie, pozwalając mu odstać. Według browaru idealnie przeprowadzony proces powinien trwać 119.53 sekund. W pubie przypadkiem nie próbujcie łapać za szklankę Guiness’a zaraz po tym jak barman postawi ją na barze. Guiness potrzebuje czasu. Jeśli chodzi o same walory Draught. Po pierwsze kolor, prawie czarny. Po drugie piana, bardzo mocna, bardzo trwała, bardzo gęsta (wszystko zapewne dzięki azotowi). Po trzecie smak, słodko-gorzkawy, mocno palony, kawowy. Guiness’a zdecydowanie polecamy nie tylko w czasie wizyty w irlandzkim pubie (tam najlepiej w wersji Extra Cold), ale także od czasu do czasu w zaciszu domowym. Guiness znany jest także z ciekawych akcji marketingowych, pozwolimy sobie przywołać hasło reklamowe z 2006 „Good things come to those who wait”. Z tym nie można się nie zgodzić.

Wyrób czekoladopodobny

Zawiercie Czekoladowe Zawiercie czekoladowe, czyli jak wprowadzić konsumenta w błąd. Następne piwo sprawiło nam nie lada kłopot z oceną, gdyż do tej pory nie do końca potrafimy je sklasyfikować, mimo że po spotkaniu jeszcze dwukrotnie postanowiłem zdjąć je ze sklepowej półki. Po dłuższej chwili zastanowienia, postanowiliśmy wrzucić je do kategorii „stout”, z racji ciemnej, wręcz czarnej barwy, użycia drożdży górnej fermentacji oraz dodatku słodów palonych (zgodnie z etykietą są to słody karmelowe). Osoby, które poszukują w piwie smaku czekolady, zdecydowanie odsyłamy do innych produktów, gdyż w trunku z Browaru na Jurze ich nie odnajdą. Zarówno w smaku jak i zapachu dominuje palony słód, który skutecznie przesłania pozostałe surowce, użyte do produkcji piwa. Piwo jest mało treściwe, mocno goryczkowe, ze zdecydowanie wyczuwalnym alkoholem, co nie jest przez nas cechą pożądaną. Nie dziwi nas natomiast fakt, że piwo nie jest ani odrobinę słodkie, bo w końcu miał być to, według zapowiedzi producenta, smak gorzkiej czekolady. Tej jednak, jak już wspomniałem wcześniej, nie udało nam się odszukać. Jeżeli mielibyśmy się już doszukiwać jakichkolwiek porównań, to prędzej byłaby to kawa. Tym bardziej zatem myląca jest, zajmująca jedną trzecią etykiety, polująca na miłośników słodkich piw, tabliczka czekolady. Na zakończenie postanowiłem jeszcze odnieść się do często spotykanego zarzutu pod adresem producenta o podanie na etykiecie sprzecznych informacji. Chodzi tutaj o zwrot: „Piwo warzone tradycyjną metodą górnej fermentacji, długo dojrzewające w niskiej temperaturze”. Sprzecznością miałby być fakt, że górna fermentacja odbywa się w wysokich temperaturach.  Otóż spieszę wyjaśnić, że fermentacja i dojrzewanie to dwa odrębne procesy, zatem nic nie stoi na przeszkodzie, aby odbywały się w różnych temperaturach, a co za tym idzie, nie ma tutaj żadnej sprzeczności. Podsumowując, Zawiercie Czekoladowe, jako średniej klasy stout, na ten moment ląduje na trzecim miejscu od końca. Tę pozycję zmieni już tylko najgorsze piwo wieczoru, o którym będziecie mogli przeczytać w dniu jutrzejszym.

Stout vs Porter

Plain Porter Plain Porter, czyli odrobina teorii. Nie wyobrażam sobie lepszej okazji, aby wyjaśnić, czym tak naprawdę jest porter. Część naszych czytelników zapewne zapyta, dlaczego piwo o nazwie „Plain Porter” wrzuciliśmy do kategorii stout. Co więcej, na odwrocie butelki, producent również użył tego terminu. Dzieje się tak dlatego, że oba te terminy oznaczają praktycznie to samo, czyli wywodzące się z Anglii, niezbyt mocne, ciemne piwo górnej fermentacji, stworzone przy użyciu konkretnej mieszanki jasnych i palonych słodów oraz składników niesłodowanych. Gdzieniegdzie, na wyspach brytyjskich, można spotkać się z umownym nazywaniem porterem piw o mniejszej zawartości alkoholu, natomiast tych mocniejszych mianem stout. Jest to jednak podział nieformalny i nie ma ustalonej żadnej granicy, która miałaby taki podział wyznaczać. W sposób nieuzasadniony, w naszych rejonach, ktoś kiedyś nazwał porterem ciemne, dość mocne i zazwyczaj słodkie piwa dolnej fermentacji. Nazwa ta przyjęła się tak mocno, że jej zmiana nie miałaby żadnego sensu, gdyż i tak byłaby powszechnie używana. Formalnie zatem nazwano ten gatunek „porterem bałtyckim”, przy czym drugi człon tej nazwy i tak jest najczęściej pomijany, co tworzy dość duże zamieszanie, szczególnie wśród mniej świadomych konsumentów. Zakończmy ten przydługi wstęp i przejdźmy do naszego portera, czyli przedstawiciela gatunku stout, będącego przy okazji ostatnim tego wieczoru piwem przywiezionym z wycieczki do Irlandii, produkującej najlepsze na świecie stouty. Na pierwszy ogień weźmy opakowanie, które jest zdecydowanie nietypowe jak na piwo. Po pierwsze mamy tu, przydatny jeżeli pod ręką nie mamy otwieracza, kapsel z zawleczką, kojarzący nam się głównie z pewnym polskim producentem soków i napojów owocowych. Dodatkowo napis „right handed” jest zobrazowany w dość ciekawy i oryginalny sposób. Otóż, jeżeli chwycimy butelkę prawą dłonią, etykietą do siebie, to nasz kciuk wyląduje dokładnie na grafice przedstawiającej odbicie kciuka. Samo piwo, jak na stouta przystało, jest bardzo ciemne, mało nagazowane i bardzo wytrawne. Na powierzchni unosi się trwała, ciemna, kremowa piana. W lekko kwaskowym smaku można wyczuć palony słód, kawę i gorzką czekoladę, czyli dokładnie to, czego w porterach szukamy. Z pewnością jest to jeden z najlepszych stoutów jakie piliśmy, któremu bardzo niewiele brakowało, aby stanąć na podium. Konkurencja okazała się jednak zbyt silna.

Szkocki stout

Belhaven Scottish Stout Belhaven Scottish Stout, czyli mocny stout po szkocku. Po długiej serii polskich i czeskich piw na piętnastym spotkaniu przyszła pora spróbować dla odmiany czegoś diametralnie innego. Postanowiliśmy skosztować stouta z szkockiego browaru Belhaven. Piwo sprzedawane jest w butelkach z białego szkła, do czego już się przyzwyczailiśmy w przypadku piw pochodzących z Wielkiej Brytanii. Belhaven Scottish Stout jest bardzo ciemny, chyba nawet jak na stouta. Piwo jest dosłownie czarne. Po przelaniu do szklanek naszym oczom nie ukazała się piana, co nas nieco zdziwiło. Zaskoczyło nas także więcej niż przyzwoite nagazowanie, bardzo przyjemny delikatny gaz wydobywający się z piwa aż do samego końca, to coś czego się nie spodziewaliśmy w przypadku tego gatunku. W smaku na pierwszy plan wysuwają się słód i chmiel oraz aromat czekolady. Pomimo stosunkowo wysokiej zawartości alkoholu na poziomie 7%, nie jest to wyczuwalne w smaku. Musimy przyznać, że piwo jest bardzo poprawne, a nawet można by rzec, że dość przyjemne. Nie mamy zbyt dużego doświadczenia z piwami typu stout, ale Belhaven Scottish Stout oceniamy wysoko. Jak zwykle małym minusem jest tutaj cena piw importowanych z Wielkiej Brytanii na polski rynek, która kształtuje się w okolicach dziesięciu złotych. Nie wiemy, czy to faktycznie takie dobre piwo, czy po prostu potrzebowaliśmy małej odmiany, ale postawiliśmy butelkę po Belhaven Scottish Stout tuż za liderującym od dłuższego czasu Krajcarem Marcowym. Chyba musimy próbować stout’ów częściej, żeby wyrobić sobie bardziej obiektywną opinię.

Brewerkz – Singapur po raz drugi

Brewerkz Oatmeal Stout Brewerkz Oatmeal Stout, czyli co się warzy w mikrobrowarze w Singapurze. Jak wcześniej zapowiadaliśmy, oprócz koncernówek, z Azji trafił do nas także lokalny craft. W czasie wizyty w Brewerkz – browarze i restauracji mieszczącej się w urokliwym miejscu zwanym Clarke Quay nad rzeką Singapur miałem okazję spróbować chyba wszystkich dostępnych wtedy piw. Kilka z nich było naprawdę wybornych, z ich flagowym Golden Ale na czele. Restauracja z browarem prowadzona jest w iście amerykańskim stylu – menu typowe dla baru w USA, dla chętnych skosztowania większej ilości piw dostępne samplery, do tego obowiązkowy sklepik z koszulkami i innym gadżetami. Czytaj dalej

Czeski, a nie ležák

Primator Stout Primátor Stout, czyli coś zupełnie niespodziewanego. Z browarem Primátor mieliśmy już do czynienia kilka razy. Swego czasu zachwycił nas Weizenbier, potem była całkiem przyzwoita, ale nie olśniewająca jedenastka oraz bardzo dobry mocny lager. O ile pszenica od jakiegoś czasu w Czechach się pojawia regularnie, także w ofercie większych browarów, to jednak widok stouta na sklepowej półce nas nieco zaskoczył. A jak do tego dodamy jeszcze English Pale Ale, to już to w ogóle nam się w głowie przestaje mieścić, ale o tym później. Zacznijmy od stouta. Nad etykietą nie ma się co rozwodzić, utrzymana jest w takim samym stylu jak w przypadku innych piw z tego browaru. Czytaj dalej

Jakość nie zawsze idzie w parze z historią

Jabłonowo Belfast Jabłonowo Belfast, czyli łyk historii. O piwach z browaru w Jabłonowie opinie są różne, ale trzeba przyznać, że na rynku są od bardzo dawna i na długo przed wybuchem rewolucji warzyli coś więcej niż jasne pełne. Na etykiecie widnieje rok 1997, my pamiętamy Belfasta z początku XXI wieku. Przez lata receptura piwa się zmieniała. Obecny Belfast to stout o mocy 6.5%, co według BJCP klasyfikowałoby go jako Foreign Extra Stout. Szczerze przyznajemy, że nie pamiętamy zbyt dużo z Belfasta sprzed lat, także skupimy się na tym dostępnym obecnie. Etykieta jak i ilość informacji na kontrze nie powalają na kolana. Piana na piwie bardzo obfita, ale grubo pęcherzykowa i bardzo szybko opada. Czytaj dalej